Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

January 12 2011

zetor

Haken - "Aquarius"

8742_d388_125

Dzisiejszą recenzję poświęcę dość wyjątkowej płycie.  Świetnej pozycji, której macie szansę jeszcze nie znać. Dlaczego? Gdyż mowa o debiutanckim krążku „Aquarius”, młodego i wciąż nie bardzo popularnego  zespołu Haken. Grupa pochodzi z Londynu i została uformowana w 2007 roku. Stworzyli ją szkolni przyjaciele: Ross Jennings i Richard Henshall (ex To-Mera). Z czasem dołączyli do nich także basista Tom MacLean, gitarzysta Charles Griffiths (ex-Linear Sphere), keyboardzista Diego Tejeida oraz perkusista Raymond Hearne. Słuchając albumu, po jego stylistyce od razu można wyczuć,  że zespół przejawia tendencje w kierunku metalu progresywnego z dużą ilością melodyjnych partii. Nie powinny zatem dziwić pojawiające się często na płycie  fragmenty charakteryzujące się wybitną lekkością brzmienia. Elementy te usłyszeć można w każdej z siedmiu kompozycji. Nawet gdy zespół oferuje bardziej ekstremalne momenty, takie jak growl w utworze „Streams”, to nie zapomina o wspomnianych wyżej melodiach i progresywno rockowym klimacie.

Płyta jest długa, trwa prawie 73 minuty. Mimo to, słucha się jej znakomicie i niemalże nie  odczuwa upływu tego czasu. Stanowi ona czystą przyjemność dla ucha każdego prawdziwego fana progresywnego grania. Gdy płyta dobiega do końca można wręcz odczuć niedosyt, że  to już  ostatni utwór. Słuchanie „Aquariusa” było dla mnie samą radością!

Na krążek składa się siedem kompozycji, z których cztery trwają aż po 10 minut każda. Praktycznie wszystkie posiadają „epicki” charakter. Składają się na nie wspaniałe, rozbudowane partie gitarowe i klawiszowe. Rozpoczynający album „The Point Of No Return” rozwija się powoli, po to by zakończyć się treściwą dawką progresywnej zabawy dźwiękami. Z kolei już w drugim utworze „Streams” członkowie zespołu dają popis swoich umiejętności grania na wielu frontach, zarówno tych  brzmieniowo ciężkich, jak i tych melodyjnych, kompozycyjnych. Wybitnie rewelacyjnie prezentuje się trzeci z kolei „Aquarium”. Piękne melodie, porywający refren, świetne gitarowe riffy i wręcz orkiestrowy finał. Potem następuje, jeden z dwóch krótszych, bardziej lirycznych utworów, „Eternal Rain”.  Jest on pełen zmian nastrojów i tempa. Cechują go połamane rytmy oraz porywające gitarowe i klawiszowe solówki. Kolejną, piątą już, kompozycją jest  „Drowning In The Flood”. Już na wstępnie prezentuje ona „wybuch” prawdziwego metalowego brzemienia, które mięknie przed końcem utworu, aby  jeszcze w ostatnich sekundach zafundować słuchaczom ponowną dużą dawkę energii. Kolejny utwór to spokojne, nostalgiczne wytchnienie od wcześniejszego mocno progresywnego grania. Jest kojąco, refleksyjnie i jak zawsze bardzo melodyjnie. Finałowa już, siedemnasto-minutowa kompozycja „Celestial Elixir” to majstersztyk. Prawdziwie epicka, pełna niespodzianek piosenka, ze świetnie budowanym nastrojem. Każda pojedyncza nuta tego utworu jest zupełnie urzekająca.

Nie można także nie wspomnieć o wokalu Rossa Jenningsa. Głęboki, poruszający głos. Jakby mimochodem, posługuje się całym wachlarzem środków wyrazu, nawet wspomnianym już wcześniej growlem. Jego moc dodaje ogromnej ekspresji każdemu z zawartych na płycie utworów.

„Aquarius” to świetny album i mimo tego, iż reprezentuje on metal progresywny, płytę można bez  strachu polecić także fanom innych, lżejszych gatunków. Ewidentnie wspaniały debiut, zapowiadający świetlaną przyszłość dla zespołu, który takim wydaniem zasłużył sobie na sukces.

November 09 2010

zetor

ArtRock.pl Recenzja Star One-Victims Of The Modern Age

  Zapraszam was do odwiedzenia strony wskazanej w linku. Prowadzi on do serwisu www.artrock.pl gdzie ukazała się ostatnia moja recenzja :) (Dla tych co jeszcze nie mieli okazji jej przeczytać)

October 31 2010

zetor

Star One - "Victims Of The Modern Age". Mroczny świat Arjena Lucassena.

1140_9c9a_125

Postaci Arjena Anthony’ego Lucassen chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Głównym powodem jest to, że jego płyty, zarówno pod szyldem Star One, jak i Guilt Machine, czy też najbardziej znanym Ayreon są bardzo cenionymi w świecie muzyki metalowej, progresywnej, a także rockowych oper. Jeszcze jednym z powodów może być fakt, że miałem przyjemność pisać recenzję jego płyty wydanej pod szyldem Guilt Machine ;) Star One jest tzw. side projektem Lucassena. Po płycie „Space Metal” wydanej w 2002r. oraz koncertówce „Live On Earth” w 2003r. po siedmiu latach przerwy na światło dzienne wychodzi album „Victims Of The Modern Age”.

Lista zaproszonych osób, które wzięły udział w nagrywaniu tego albumu, jak zawsze jest imponująca. Wokalnie udzielają się tutaj: Russell Allen (Symphony X, Allen Lande), Damian Willson (Headspace, Threshold, Landmarq), Dan Swano (Nightingale, Secon Sky, Edge of Sanity), Floor Jansen (ReVamp, After Forever) oraz jako goście specjalni: Tony Martin (Black Sabbath), Mike Andersson (Cloudscape, Full Force, Silent Memorial) i Rodney Blaze. Instrumentalnie Lucassenowi grającemu na gitarach, hammondach, melotronach i minimoogach towarzyszą: na perkusji Ed Warby (Aryeon, Hall of Bullets, Gorefest), na basie Peter Vink, na klawiszach Joost van den Broek (After Forever), na gitarze Gary Wehrkampf (Shadow Gallery).

Najnowsze wydawnictwo jest albumem koncepcyjnym utrzymanym w solidnej progmetalowej stylistyce. Krążek odstaje też trochę od zwyczajnych, koncept-albumów. Każda z zamieszczonych tutaj kompozycji oparta jest na jakimś filmie science-fiction i opowiada własną historię. W odróżnieniu do pierwszego albumu gdzie tematyka dotyczyła kosmosu, na najnowszej płycie zagadnienia dotyczą wyłącznie Ziemi. Muzycznie „Victim Of The Modern Age” jest też cięższy i bardziej nastawiony na gitarowe brzmienia. Posiada zdecydowanie bardziej mroczny klimat i jest mniej nastawiony na spacerockowe motywy.

Płytę otwiera 80-sekundowe intro „Down The Rabbit Hole”. Tuż po nim następuje już pierwszy, z pełnoprawnych utworów - „Digital Rain”- coś dla miłośników cięższych brzmień. Szybki perkusyjny rytm i mocny riff. Brakuje tylko black metalowego wokalu, jednak w jego zastępstwie otrzymujemy normalne, bardzo czyste wokalizy o głębokim brzmieniu. Jednym z ciekawszych i bardziej melodyjnych utworów jest „Earth That Was”, który porusza swoją linią melodyczną i wokalami. Tytułowa kompozycja najbardziej chyba odbiega klimatem od pozostałych. Ze swoim charakterystycznym, wżerającym się w pamięć motywem klawiszowym zasługuję na swego rodzaju wyróżnienie. Tutaj i w „Human See, Human Do” napotykamy również na małą próbkę growlu, który bardzo ciekawie kontrastuje z melodyjnymi, progresywnymi dźwiękami. Następny utwór „24 Hours” zaskakuje gwałtownymi zmianami stylistycznymi. Przeplatane mocne „uderzenia” z nagłymi spowolnieniami i wyciszeniami gdzie główną rolę odgrywa poruszający śpiew. Kolejne dwie piosenki, „Cassandra Complex” i „It’s Alive, She’s Alive, We’re Alive” to wpadające w ucho melodie, często podparte mocnymi gitarowymi zagrywkami. Niezła progmetalowa gratka z częstymi zmianami tempa i połamanymi rytmami. Zamykająca album, ciężka brzmieniowo kompozycja "It All End Here" podobnie jak „24 Hours” funduje słuchaczowi częste zmiany nastroju. A po około pięciu minutach pojawia się świetnie wkomponowana gitarowa solówka rodem z ballady.

Podsumowując. Płyta należy do krótszych w dorobku Lucassena. Nie jest przez to tak epicka i rozciągła materiałowo, ale za to bardzo spójna i można ją przesłuchać na jednym tchu. Pomimo, iż jest to album koncepcyjny to poszczególne utwory można potraktować jako osobne, niezależne kompozycje, gdyż motywem, który spaja całość w tym przypadku są teksty, a nie muzyka. Na ogromną pochwałę zasługują wokale na płycie. Arjen Lucassen zaprosił świetnych wokalistów, którzy dodają płycie niesamowitego klimatu. Dostarczają nam oni świetnych indywidualnych wokaliz, jak również wspólnych wokalnych pojedynków! Warto też wspomnieć, że ukaże się specjalna dwupłytowa wersja płyty z pięcioma dodatkowymi kompozycjami, w których zaśpiewają Mike Anderson (Cloudscape, Full Force, Silent Memorial), Rodney Blaze oraz… były wokalista Black Sabbath, Tony Martin.

Ode mnie mocne 5!

October 20 2010

zetor

Disturbed - Asylum

1363_4d4b_125

                Po wakacyjnej przerwie udało mi się znaleźć odrobinę weny aby napisać kolejną recenzję.

Tym razem będzie to recenzja najnowszego krążka amerykańskiej grupy Disturbed. Ciężko określić jaki gatunek muzyki tworzą członkowie tego Chicagowskiego zespołu. Ich twórczość bywa przypisywana takim stylom jak hard rock, heavy metal czy nu metal. Jednak do którego z nich by ich nie przypisywać, na przestrzeni dziesięciu lat twórczości zespołu, odniósł on wielki sukces. Czas sprawdzić czy ostatnie, piąte już wydawnictwo zespołu, które miało podsumowywać dziesięcioletnią działalność kapeli, wypełnia swoje zadanie z godnością.

Płytę rozpoczyna dosyć ciekawe intro zatytułowane „Remnants”. Od samego początku budowana jest niezwykła atmosfera. Na początek dostajemy melodię wygrywaną na skrzypcach, dopełnioną cichymi dzwoneczkami. Wszystko to później zostaje uzupełnione o partię gitary elektrycznej, której w tle akompaniuje gitara akustyczna. Kolejny na trackliście i za razem najmocniejszy na płycie jest tytułowy utwór „Asylum”. Kawałek zaczyna się w momencie gdzie kończyło się intro. Na początku szybka basowa partia, dzięki której wiemy czego się spodziewać, a już po chwili słyszymy charakterystyczny śmiech Draimana co zwiastuje emocjonalne zaangażowanie. Dostajemy tutaj wszystko najlepsze, co może nam zaoferować zespół. Szybkie, przeciągane w odpowiednich momentach partie wokalne, jeszcze szybszy, zwrotny i melodyjny refren. A wszystko to razem ze świetnymi partiami gitarowymi pokazuje nam klasę kapeli. Następnym wartym wspomnienia utworem jest, trzeci z kolei, „The Infection”. Utwór wysoce poprawny. Melodia może nam przypominać rockowe hity, choć nie jest specjalnie porywająca. Mocnym punktem tej kompozycji jest dosyć techniczna i rozbudowana solówka okraszona elektronicznymi efektami. Jeszcze jednym dobrym kawałkiem jest wybrany na singiel „Another Way To Die”. Fani zespołu znajdą tutaj dużo nawiązań do wcześniejszych płyt. Spokojna melodia zwiastuje lekki, powolny utwór. Nic bardziej mylnego. Ku zaskoczeniu słuchacza następuje nagła zmiana, a zwrotka (która okazuje się być wstępem) zmienia się mocny riff. Zdecydowanie jest to dobry wybór na singiel. Z pewnością można też powiedzieć, iż utwór należy do jednego z najlepszych na płycie. Ostatnią wartą wspomnienia kompozycją jest „Never Again”. W sumie nie zaczyna się zbyt obiecująco, ale potem dostajemy przyzwoity refren z ciekawą melodią. Solówka wykonana jest dokładnie i nieźle komponuje się z resztą utworu. Bardzo dobrym  posunięciem było umieszczenie dodatkowej partii instrumentalnej pod zwrotką, co dodało jej uroku.

To by było na tyle, jeśli chodzi o utwory warte wspomnienia. Reszta płyty to niestety kawałki nie wybijające się ponad średnią. Większość z pominiętych przeze mnie kompozycji zlewa się ze sobą  umykając tym samym uszom szukającym wyjątkowych dźwięków. Płycie brakuje lekkości, niekiedy ciężko jest przebrnąć przez całość. W większości melodie nie wyróżniają się niczym specjalnym, a niektóre nawet wydają się być napisanie na siłę. Album jest co najwyżej przeciętny. Może gdyby nie przesadzone i wysoce wychwalające zapowiedzi muzyków sytuacja i przede wszystkim odbiór „Asylum” byłby inny. Tak zostaliśmy nastawieni na coś powalającego. Niestety brakuje tutaj mocy, która mogłaby to uczynić.

Wygląda na to, że nad zespołem zebrały się ciemne chmury. Ciekawe, czy uda im się je przegonić.

Ode mnie 3-

June 18 2010

zetor
7069_4578

Czesław Śpiewa „Pop”, lecz nie do końca.

Po dosyć nieoczekiwanym sukcesie albumu „Debiut”, Czesław Mozil powrócił z nową płytą – również skazaną na sukces. Gdy kilka lat temu w radiu rozbrzmiewała melodia „Maszynki do świerkania” każdy zastanawiał się – „co to jest?”. Nikt się nie spodziewał, że pół Polak, pół Duńczyk podbije serca rodzimych słuchaczy. Dosyć szybko zaczęły pojawiać się określenia „zjawisko”, „objawienie” czy „fenomen”.

Teraz Czesław kontynuuje swoje dzieło w trochę odmienny sposób niż za pierwszym razem. Album „Pop” faktycznie jest w pewnym sensie popowy. Nie jest to jednak pop jaki znamy, po prostu na tej płycie utwory są bliższe temu gatunkowi niż na „Debiucie”. Pomimo tego płyta wydaje się być jeszcze bardziej groteskowa. Czesław pewnie kroczy w przód wraz ze swoją przewrotnością. Sprawdza jak daleko może się z nią posunąć. Śpiewając jak mały chłopiec sprzedaje słuchaczowi bardzo dojrzałe historię, które tylko pozornie brzmią niewinnie i bajkowo. W warstwie muzycznej również nie opuszcza nas wspomniana przewrotność. Nie ma już tutaj wcześniejszego minimalizmu. Podczas słuchania napotykamy rozdmuchane do granic możliwości aranżacje. Dostajemy więc przywodzącą na myśl orkiestrowy rozmach, “Piosenka dla pajączka” czy musicalowe zacięcie “Frozen Margarita”. Doświadczymy również kilku przejawów aktywności chóru, a także gościnnych wokali. Nergala w udanej  i sugestywnej „Dziewczynie z branży”,  Kasi Nosowskiej w miłosnym duecie “Caesia & Ruben”, oraz Gaba Kulka w ekspresyjnym “Caravan”. Są też pełne energii – oparte przede wszystkim na gitarze i perkusji, niejednokrotnie przesterowane, złowrogo majaczące w tle kilku utworów. Między innymi w singlowym "W sam raz", któremu towarzyszy naładowany dziwną symboliką teledysk.  Jednak „Pop” to nie tylko rozbudowane instrumentalnie kompozycje, ale również po raz kolejny baśniowe i odrealnione teksty. Pomimo to, bardzo trafnie opisujące rzeczywistość, w której żyjemy.

Płyta jest bardzo udana, skoro po wybrzmieniu ostatnich dźwięków "Pożegnania małego wojownika" z zaskoczeniem odkrywamy, że to już koniec płyty. I zaraz odpalamy ją ponownie. Trzeba zauważyć również świetną produkcję. Znaczenia nabierają tutaj partie chóru,  klasyczne instrumenty oraz tak egzotyczne dla popu jak klarnet, piła, trójkąt i akordeon. Płyta w doskonały sposób łączy ze sobą wiele odmiennych stylistyk. Wszystko dokładnie zrównoważone i starannie wyselekcjonowane tworzy spójną całość. Album, pomimo rozbudowanych kompozycji i udziału gości najwięcej zawdzięcza autentyczności Czesława Mozila. O tym powinien pamiętać autor również na następnych płytach, gdyż „Pop” balansuje na granicy przepychu. Gościnny udział kilku muzyków, rozmach przy komponowaniu utworów, przeplatanie się języka angielskiego z polskim. A stąd naprawdę już blisko do przekroczenia tej granicy.

(Po raz drugi już coś na soup.io nie działa jak należy, dla tego okładka władowała się nad tytuł a nie w formie miniaturki nad oceną albumu. Za te niedogodności przepraszam)

Reposted byegoistee egoistee

May 28 2010

zetor

Division by zero - Independent harmony

3074_20df_125

Dzisiaj zajmę się naszym rodzimym zespołem Division by zero i jego ostatnim wydawnictwem „Independent harmony”. Zważając na to iż ostatnimi czasy dużo poruszam się w klimatach metalu progresywnego tak i  ta recenzja będzie dotyczyła tego gatunku. Tak, Division by zero to jak sami się określają rock-metal progresywny. Formacja przechodziła dużo zmian składów, zmieniała nazwę, ale ostatecznie w 2003 roku ukształtowała się pod obecnym szyldem. Na początku z powodu trudności w znalezieniu odpowiedniego wokalisty zespół grał muzykę instrumentalną. Potem do zespołu dołączył Sławek Wierny. Do chwili obecnej były jeszcze mniejsze, bądź większe przetasowania w zespole ale od 2005, gdy pojawił się wokalista nagrania nabierały konkretnych kształtów. Po więcej szczegółów odsyłam na www. divisionbyzero.pl. Ja przejdę już  do najnowszego wydania kapeli.

Już forma wydawnictwa wprowadza w klimat. Pojawiające się w sieci obrazki okładki to tylko przedsmak. Obraz pokazany na froncie albumu rozwija się po zajrzeniu do książeczki. Już tutaj możemy poczuć moc i ciężar towarzyszący albumowi. A gdy już wszystko obejrzymy czas na słuchanie…

Album rozpoczyna się klimatycznym wstępem z narastającym, budującym napięciem pianinem. Intro przywodzi na myśl muzykę z thrillera, które nabiera wręcz symfonicznego brzemienia. Następujący po tym krótkim wstępie tytułowy utwór mówi nam już bardzo dużo o krążku. Ciężar, moc i niepowstrzymana brutalność tętniących gitar. Przeplatający się delikatny, melancholijny wokal i growl z pianinem w tle. Mieszanka wybuchowa. Rozbrzmiewający po tym utwór „Wake me up” to idealny koncertowy pewniak. Dobry do skakania pod sceną plus świetny refren, którego może pozazdrościć wielu artystów. Niestety całość za długo do radia a przyprawiona dodatkowo o mocne rzeźnickie riffy i growl. Teraz przyszedł czas na kawałek pod tytułem „Glass face”. Idealny dla tych, którzy lubią podniosłe, nacechowane emocjami, pełne patosu wokalizy. Po wzniosłych chwilach czas na odrobinę wytchnienia. „Not for play” to ledwie dwuminutowy spokojny utwór. Ascetyczna aranżacja, łagodne gitarowe solo i delikatnie przygrywające pianino. Pozwoli to na głębsze odczucia i chwilę refleksji. Gdy już odetchniemy przychodzi kolej na instrumentalny „Jin & Jang”. Świetna kompozycja, ozdobiona zarówno fokowymi motywami jak i orientalizmami powinna rzucić na łopatki nie jednego słuchacza. Przed ostatnia już piosenka nosi tytuł „Don’t ask me”. Podobnie jak przy „Not for play” będziemy mogli trochę odetchnąć. Co prawda jest to energiczny, doprawiony solidnymi, nie dającymi się zapomnieć riffami, ale mamy tu do czynienia z bardziej rockową kompozycją. Oczywiście nie zabrakło wybijającego się ponad instrumenty czystego i głębokiego wokalu poda którym przewija się growl. Ostatnim już utworem jest  „Intruder”. Mamy tu do czynienia z trochę luźniejsza formą, rzekłbym bardziej frywolną kompozycją, w której pojawia się także damski wokal. I tak dobrnęliśmy do końca. Szybko, prawda? Album wciąga słuchacza na całej linii, nim się zorientujemy będziemy odpalali płytkę po raz kolejny.

Słowem podsumowania. Album plasuje się na wysokim, międzynarodowym poziomie. Ciężar, głębia i dynamika. Tak krótko można opisać krążek. Z pozoru można by pomyśleć, że nic nowego. Ot kolejna progresywno metalowa pozycja. Że trudno wymyśleć już coś nowego i świeżego. A jak to często bywa – „Diabeł tkwi w szczegółach”. A tych znajdziemy na płycie dużo. W żonglowaniu nastrojem, w idealnym doborze proporcji, w ciekawej melodyce jak również w odważnej zabawie rozmaitymi konwencjami. Wszystko w odpowiednich, dobranych i dopasowanych proporcjach. Division by zero na wytartych już szlakach wręcz zawodowo wykorzystuje wszystkie te szczegóły.  Otrzymujemy płytę ciężką ale również melodyjną, co stanowi ogromną jej zaletę. Odpowiednie brzmienia, które niosą ciężar całego krążka. Ciepła sekcja basowa, która też ma swoje momenty. Mocne, mięsiste i soczyste riffy wzbogacone pianinem. I to nie elektrycznymi, powszechnymi w metalu progresywnym klawiszami, tylko pianinem!

Gorąco polecam! Bardzo dobry album, ode mnie 5.

May 06 2010

zetor

Lake of tears - Na zawsze jesień

2934_41cc_125

Po długiej przerwie udało mi się znaleźć odrobinę czasu na napisanie nowej recenzji. Całą ta przerwa spowodowana jest nawarstwiającą się ilością spraw i obowiązków do zrobienia. Najważniejsze jednak, że zawsze jest czas na muzykę :)

Dzisiaj zajmę się płytą „Forever autumn” zespołu Lake of tears. Jest to Szwedzka grupa, która w założeniu gra Gothic Metal oraz Doom Metal. W swojej twórczości łączą jednak także elementy rocka progresywnego. Ten ostatni nurt przeważa właśnie na omawianej płycie. Zespół ten wyłowiłem z potężnej fali skandynawskiego metalu zupełnie przypadkowo, i o dziwo pierwszą ich płytą, na którą natrafiłem była właśnie „Forever autumn”. Na okładce wczesna jutrzenka, las, powoli opadająca mgła, uroczysko przykryte złotym liściem. Metalowe łoże i rozrzucona w bezładzie pościel. Przed chwilą była tutaj dziewczyna w białej sukni, która na tyle okładki podaje ręce ubranemu w czerń przeznaczeniu. Ciężko przelać uczucia towarzyszące słuchaniu muzyki na papier. To pozostawię poetom, a sam zajmę się bardziej techniczną częścią przedstawienia albumu. Płytę tą bardzo ciężko porównać do pozostałych albumów tej formacji. Mamy tutaj do czynienia przede wszystkim z rockiem progresywnym w klimatach gotyckich. Przez cały czas towarzyszy nam również jesienny, nostalgiczny oraz refleksyjny nastrój. Trudno jest obiektywnie przedstawić ten krążek, dobrać odpowiednie słowa do mistycznego wymiaru warstwy lirycznej i poruszających dźwięków zawartych na albumie. Płyta jest zdecydowanie bardzo osobista w odbiorze. 

„So the season of the fall begins, Down the crossroads in a sleepy little inn, By the fire when the sun goes down”… Pierwszym utworem na krążku jest „So fell autumn rain”.

Rozpoczyna się ona pięknym intrem zagranym na wiolonczeli. Jest w tym jakiś smutek, tęsknota. Potem dwa takty na fortepianie i następuje ciężki, wręcz toporny riff. Całość wzbogacona melodramatycznym tłem i wokalem, w którym możemy dosłyszeć znamiona bólu. Gdy zapadnie cisza, przychodzi czas na „Hold on tight”. Gitara akustyczna i pierwsze słowa tekstu. Potem wolno, majestatycznie, ociężale. I przez cały czas towarzyszący słuchaczowi przepełniony goryczą śpiew. Numer trzeci to tytułowe „Forever autumn”. Utwór jest przeniesieniem okładki na warstwę muzyczną. Konwertuje obraz i stan duszy na dźwięki. Słyszymy jak pogodzony z naturą człowiek, który nie ma nic do stracenia idzie podać rękę zakapturzonemu losowi. Ta kompozycja to jedna z najlepszych rockowych ballad. Utwór zachwyca prostotą, a współgrające ze sobą dźwięki gitary akustycznej, wiolonczeli, fortepianu i melotronu tworzą melodię w pełni piękną, skończoną. Piosenka została napisana tak, że każdego, nawet u najbardziej odpornego na przeżycia estetyczne człowieka zostanie „coś” poruszone. Po tym poruszeniu i zamyśleniu następuje mocne przebudzenie w postaci „Pagan wish”. Szybkie, energiczne, wykrzyczane wyznanie. Czyżby można było dosłyszeć nutkę nadziei…?  Kolejnym, piątym już utworem jest „Otherwheres”. Instrumentalna kompozycja, której towarzyszą pomruki wzburzonego nieba. Wspaniała, poruszająca melodia, która uciszyła odchodzącą burzę. Kolejne kawałki utrzymane są jak wcześniejsze w jesiennym, refleksyjnym klimacie. Pojawiają się jeszcze by uderzyć mocniejszą nutą takie utwory jak „Come night I reign” czy „Demon you/Lily anne”. Na zakończenie zaś dostajemy „To blossom blue”. Pojawia się tutaj akordeon, który wraz z wiolonczelą prowadzą słuchacza do końca. Proste akordy, poruszające melodie i rozrzewniony wokal wydają się nie mieć końca… Ale to już koniec. Pozostały tylko trzaski starego adaptera i po raz kolejny wiolonczela w pustym pokoju... i czyjeś kroki i cisza.

„Forever autumn” jest płytą wielce godną polecenia. Płyta jest spójna, wszystkie utwory zachowane we wspomnianym już na początku pełnym refleksji, smutku i nostalgii klimacie. Chwilami daje nam poczucie, że przebywamy w jakimś samotnym domu na ogarniętym jesienią uroczysku. Gdzie z kominka ulatnia się delikatnie pachnący w całym pokoju dym. A my gramy na gitarze, tak jak by od niechcenia nie pozwalając myślom na wytchnienie. Wydaje się, że dewizą tego albumu jest ascetyzm. Proste, lecz poruszające do głębi kompozycje. Słuchając każdy poczuje jak do tego domu, przez okna wdziera się jesienny powiew.

April 05 2010

zetor

Shadow Gallery - Digital Ghost

0327_a0b5_125

Gary Wehrkamp, Brendt Allman, Carl Cadden-James, Chris Ingles, Joe Nevolo – oto członkowie Shadow gallery, założonego w latach 80. Amerykańskiego zespołu progresywno-metalowego. Początkowo grupa nosiła nazwę Sorcerer, później po zmianie nazwy na obecną i zarejestrowaniu 8-nagraniowego dema, zespół podpisał w 1991 roku pierwszy kontrakt z wytwórnią płytową Magna Carta Records.

W muzyce Shadow gallery można usłyszeć wpływy takich gitarzystów jak Steve Vai czy Yngwie Malmsteen. Natomiast progresywny charakter grupy kształtowany był na wzorcach takich zespołów jak Pink Floyd i Dream Theater. Jednak warto wspomnieć, że do swoich ulubionych zespołów muzycy zaliczają także takie kapele jak Black Sabbath, Iron Maiden i Judas Priest.
Dalsza działalność zespołu została poddana w wątpliwość  29 października 2008 roku, kiedy to Mike Baker (wokalista) zmarł na atak serca w wieku 45 lat.. Jednak grupa nie zakończyła swojej pracy i w 2009 roku ukazał się album „Digital host”.

Przedwczesna śmierć  Mike'a Bakera była szokiem dla grupy. Jego głos był elementem rozpoznawczym, charakterystycznym dla twórczości zespołu. Poszukiwania nowego wokalisty były ciężkie, lecz 4 lata po ostatnim albumie pojawia się krążek „Digital ghost”. Jak poradził sobie zespół, a przede wszystkim nowy wokalista Brian Ashland? Czas bliżej przyjrzeć się, a raczej przysłuchać wspomnianemu albumowi.

Krążek otwiera utwór „With honor” i już od pierwszych dźwięków możemy poczuć klimat i energię zespołu. Świetny szybki i melodyjny początek, a także późniejsze charakterystyczne dla Shadow gallery chórki w refrenie. Kolejna na płycie jest piosenka zatytułowana „Venom”. Jest to dość mocna kompozycja z mnóstwem progresywnych zagrywek.  Gdy w głośnikach rozbrzmiewa kolejny utwór „Pain”, nie jeden ze słuchaczy zaliczy opad szczęki. Od początku powala nas świetny wokal i porywająca  kompozycja. Głos w tym utworze jest pełen mocy i jakiegoś niezidentyfikowanego powiewu świeżości. Mamy również charakterystyczne dla zespołu melodie, utrzymane w średnich tempach i ze świetnym refrenem - co czyni utwór prawdopodobnie jednym z lepszych na płycie. Zaraz po nim usłyszymy „Gold dust”. Napotykamy  tutaj wyraźną zmianę klimatu, teraz jest mocniej, bardziej zadziornie a miejscami nawet orientalnie. Piątym już w kolejności utworem jest „Strong”. Chyba najbardziej Heavy Metalowa piosenka na płycie. Klasyczna w swej konstrukcji z drapieżnym wokalem, który dodaje pikanterii (nie zabrakło oczywiście chórków). Zamykającymi płytę utworami są ”Digital ghost” oraz „Haunted”. Przy obu większość wielbicieli metalu progresywnego zapewne zaliczy kolejny opad szczęki. Pierwszy z nich charakteryzuje ogromny rozmach aranżacyjny. Już od samego początku mamy wrażenie jak byśmy słuchali wstępu do dobrego spektaklu czy filmu. W tym utworze znajdziemy wszystko co fani prog- metalu lubią najbardziej. Jest dobra melodia, świetne partie wokalne oraz skomplikowane połamane rytmy, wszystko to miód na uszy słuchacza. Ostatni już utwór na albumie to wspomniany wyżej „Haunted”. Świetnie budujący nastrój początek. Emocjonalny wokal, któremu kilkukrotnie towarzyszą chórki oraz delikatny klawiszowy podkład, połączenie to może przyprawić o ciarki. W pewnym momencie słuchania napotykamy na swego rodzaju refren zaśpiewany przez chórek, który otwiera gitarową solówkę. Od tej pory słuchacz może delektować się wysokich lotów progresywnymi dźwiękami, z jednej strony żywiołowymi i zadziornymi riffami a z drugiej pełnymi emocji melodiami.

„Digital ghost” to bez wątpienia warta uwagi i ważna płyta. Nie tylko przez wzgląd, że zespół potrafi tworzyć dobre utwory nawet po stracie tak ważnego członka zespołu jakim był Mike Baker, ale również ze względu na pełen zestaw twórczych pomysłów, który znajdziemy na płycie. Krążek wypełniony jest ciekawymi solówkami, instrumentalnymi pojedynkami i poruszającymi wokalami. Nie zabrakło również pianina, akustycznej gitary czy chórków, które są na bardzo wysokim poziomie. Jest to świetny krążek, który gwarantuje nam wiele przyjemności ze słuchania, a także pełen zestaw emocji do przeżycia.

March 11 2010

zetor

Liquid Tension "Experiment"

2537_6770_125

  Liquid Tension Experiment, amerykańska supergrupa muzyczna wykonująca instrumentalny progresywny heavy metal z wpływami fusion. Pochodnymi grupy są takie projekty jak np: Liquid Trio Experiment. Grupa powstała w 1998 roku z inicjatywy Mike'a Portnoya. Ze stworzonej listy muzyków wybrał on wirtuoza gitary basowej Tony'ego Levina, który przywędrował z legendarnego na scenie progresywnej King Crimson. Pianistę Jordana Rudessa, grającego w wielu zespołach, w tym także Dream Theater (obecnie członek tego właśnie zespołu). A także swego wieloletniego przyjaciela i kompana w Dream Theater, gitarzystę Johna Petrucciego. Grupa zrealizowała tylko dwa albumy studyjne w 1998 i 1999 roku zarejestrowane w nowojorskich Bear Tracks Studios. 

Dzisiaj zajmę się pierwszą płytą nagraną przez wyżej wspomnianą grupę. Najprościej rzecz ujmując album można opisać bardzo prosto w kilku słowach tak: Czterej panowie znani z występów w zespołach grających różne odmiany muzyki progresywnej, spotkali się razem w studio aby nagrać album, na którym będą mogli popuścić wodzy swojej muzycznej fantazji. A tej im nie brak bo jest to jedno z ważniejszych wydarzeń na scenie prog/metalowej. Muzyka, którą stworzyli na tym krążku, zasługuje na miano tej przez duże M - jest bezkompromisowa i płynie z głębi duszy. Otwierający Paradigm Shift to ostra heavy metalowa jazda, która stopniowo przechodzi w średnie tempa, przeplatane zwariowanymi solówkami. W szczególności, trzeba zwrócić tutaj uwagę na Rudessa szalejącego na klawiszach. Kolejny kawałek Osmosis daje nam trochę spokoju i wytchnienia. Wspaniały, relaksujący kawałek z bardzo dobrą partią Tony'ego Levina i gitarową Petrucciego. Następnie genialny Kindred Spirits. Kolejna demonstracja świetnych umiejętności technicznych i muzycznych. Ten utwór ma dosłownie wszystko - począwszy od stricte metalowego wejścia na początku (genialne wejścia poszczególnych instrumentów), po nostalgiczne gitarowo/klawiszowe partie w środku, po niezwykłą, motoryczną końcówkę (solo Petrucciego plus dwie stopy Portnoy'a). The Stretch to swego rodzaju eksperyment w "experymencie". Trochę Funku, odrobina jazzu, a wszystko to znakomite kompozytorsko. Następny w kolejności jest ponad dziewięciominutowy Freedom of Speech, zaczynający się spokojnie, by w końcu przeistoczyć się w najlepszej jakości gitarowe zagrywki Petrucciego. W środku trochę hipnotycznych, klimatycznych dźwięków (mały pokaz umiejętności Portnoy'a na bębnach), przechodzących w końcu w ostre, charakterystyczne, metalowe bicie gitary, doprawione solówkami Petrucciego i Rudessa. I tak już do samego końca, tego lekko melancholijnego, kawałka. Utwór numer 6 to trochę zabawy i ironicznego gwizdania, w humorystycznym Chris and Kevin's Excellent Adventure (gdzie główną rolę grają  Levin i Portnoy). Kolejny na trackliście State of Grace to z kolei zagrany przez duet Petrucci/Rudess, spokojny klimatyczny, gitarowo/klawiszowy kawałek bez metalowych szaleństw. Przed ostatni już Universal Mind, przenosi słuchacza w sferę niesamowitych muzycznych doznań poprzez swoją skomplikowaną strukturę i kompozycję. Kolejne świetne sola Petrucciego, Rudessa i cała reszta progresywnego grania. Ostatni już utwór na płycie to Three Minute Warning. Wbrew tytułowi utwór nie trwa trzech minut. Tak na prawdę nie jest to "kawałek" w pełnym tego słowa znaczeniu. Jest to mianowicie, prawie półgodzinna, nagrana na żywo, improwizacja na cztery instrumenty. Bez żadnych dogrywek i wcześniejszego komponowania. Numer ten może być ciężki do zniesienia dla niektórych słuchaczy, gdyż jest to wyrzut muzycznej ekspresji, wybuch niekontrolowanych emocji, który wymyka się przyjętym ogólnie normą.

Podsumowując, Liquid Tension Experiment jest kapitalną płytą! Bardzo równa, melodyjna a jednocześnie skomplikowana, pokręcona i znakomita technicznie. Dodajmy jeszcze nienaganną jakość produkcji i dostajemy jedną z najlepszych pozycji w swoim gatunku. Aż ciężko uwierzyć, że muzycy mieli tylko sześć dni na zrobienie całego albumu :)

February 28 2010

zetor

Czarne chmury nad Dream Theater

5584_3852_125

Grupa założona w 1985 przez Johna Petrucciego (gitara), Johna Myunga (gitara basowa) i Mike'a Portnoya (perkusja). Zespół meandruje między gatunkami metalu i rocka progresywnego. Muzyka Dream Theater cechuje się przede wszystkim ciężkim, heavymetalowym brzmieniem, skomplikowaną formą, typową dla rocka progresywnego (zmieniające się w czasie schematy rytmiczne i harmoniczne), a także wykonawczą wirtuozerią. Zespół jest uważany za jeden z najważniejszych w historii metalu progresywnego. Działa do dziś w składzie: James LaBrie, John Myung, John Petrucci, Mike Portnoy, Jordan Rudess. Ostatni występ zespołu w Polsce miał miejsce w Bydgoszczy 30 września 2009 w "Hali Łuczniczka" podczas Progressive Nation 2009. Zagrali z takimi zespołami jak: Opeth, Bigelf i Unexpect. Bardzo ciekawym i wartym wspomnienia, jest sposób komponowania melodii przez muzyków DT. Chodzi tutaj przede wszystkim o stosowanie przez członków Teatru Marzeń trików muzycznych, wplatanych w ich utwory. Większość z nich wychwytywalna jest tylko dla wytrwałych i najbardziej cierpliwych fanów zespołu, co stanowi dodatkową atrakcję (po więcej informacji na ten temat odsyłam chociażby do Wikipedii http://pl.wikipedia.org/wiki/Dream_Theater). Czas w końcu przejść do sedna mojej recenzji i zająć się wydanym  23 czerwca 2009 roku, 10 albumem formacji.

Jak już pewnie domyśliliście się po tytule, że recenzja nie będzie przepełniona pochlebstwami (co miałoby miejsce w przypadku płyty „Train of thought”). Niestety „Black cloud & silver linings” nie wypada najlepiej w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami zespołu, a już na pewno biorąc pod uwagę zdolności jego członków. Album otwiera wielowątkowy „A nightmare to remember”. Kawałek ten posiada wszelkie znamiona ciężkich utworów Dream Theater, mamy masywny riff, zakręcone klawiszowe solówki i barwne melodie. Niestety żadne z tych elementów nie ratują piosenki. Pomimo świeżości jest w niej coś sztucznego, nie porywa słuchacza i wydaje się być oszczędna – nie do tego przyzwyczaili nas panowie z Teatru Marzeń. Kolejny utwór to „A rite of passage”, całkiem dobra kompozycja ze świetną solówką- jednak i ona nie stanowi szczytu możliwości zespołu. Jest to moim zdaniem zbyt rozwleczony utwór, który zyskałby wiele gdyby został skrócony. Za nami już 25min płyty i teraz czas na radiową balladkę „Wither”. Nie ma co się tutaj rozpisywać, po prostu całkiem przyjemny nastrojowy kawałek. "The shattered fortress" – następna kompozycja zawarta na płycie to podobno ostatnia już część suity o wychodzeniu z alkoholizmu. Pamiętamy wcześniejsze "Glass Prison" (z "Six Degress Of Inner Turbulence"), "This Dying Soul (z "Train Of Thought), "The Root Of Evil" (z "Octavarium") oraz "Repentance" (z "Systematic Chaos"). Niestety zwieńczenie tej historii to praktycznie zlepek wspomnianych utworów. Co prawda podobny zabieg zespół zastosował już kiedyś rozwijając na płycie "Scenes From A Memory" motywy z utworu "Metropolis pt.1" (z albumu "Images And Words"). Tym razem jednak brak tutaj świeżości i dramaturgii, dostajemy wręcz rzemieślniczy zlepek wcześniejszych nagrań. Na finiszu pojawiają się dwa kolejne, bardzo rozbudowane utwory. Pierwszy z nich, 14 minutowy "The best of times” to zalatujący kolejna balladą utwór przeplatany mocniejszymi metalowymi zagrywkami. I na zakończenie trochę ponad 19 minut "The count of tuscany". Rozbudowana i świetnie skomponowana piosenka, która niestety jest równocześnie zbyt nadętym kolosem, z całą pewnością nie dorównującym genialnemu „Octavarium”.

Album „Black clouds & silver linings” funduje nam mocno rozbujaną huśtawkę nastrojów: od euforii po zniecierpliwienie. To jedno ze słabszych wydań Dream Theater, na którym znajdujemy karygodnie wydłużone utwory, przy których można byłoby pobawić się w chirurga i trochę je poskracać. Na plus jest fakt, że kompozycję startują mocno, „ z kopyta”, a ich zakończenie jest równie porządne. Pomimo, iż album funduje nam momenty konsternacji, to chętnie się go słucha. Wygląda na to, że moc kompozycyjna zespołu trochę słabnie od czasów „Octavarium”, a może po prostu zespół nastawił się na dotarcie do jeszcze innych słuchaczy?  Paradoksalnie do moich ostrych słów krytyki, przeplatanych tylko delikatnymi pochwałami, uważam album za całkiem dobry i na pewno warty posłuchania nie jeden raz.

Niestety, po zapoznaniu się z albumem znika złudne wrażenie, że przedstawione na (starannej, szczegółowej i interesującej) okładce drzwi otwierają się na świetlistą podróż po krętych ścieżkach Teatru Marzeń – one się po prostu zamykają.

February 18 2010

zetor

Made of hate - Bullet in your head. Polskie Children of Bodom ?

3324_dc92_125

Made of hate to polska grupa muzyczna założona w 2007r. przez członków rozwiązanego Acheron. Debiutancki album warszawiaków "Bullet in your head" na półki sklepów w całej Europie trafił 22 lutego 2008r. Ukazał się on pod szyldem hamburskiej wytwórni AFM Records. Płyta powinna przypaść do gustu fanom power/speed metalu i ogólnie pojętej mocnej gry, a także miłośnikom skandynawskiego, melodyjnego grania w stylu Children of Bodom. 7 sierpnia 2008r. grupa wystąpiła jako support Iron Maiden na Warszawskim koncercie na Stadionie Gwardii. Co ciekawe zespół spodobał się wokaliście Żelaznej Dziewicy, Bruce'owi Dickinson'owi, który zaprezentował jeden z utworów kapeli w swojej audycji radiowej. W piątkowy wieczór, 14 marca 2008r. na antenie rozgłośni BBC 6 Music wybrzmiał numer "On The Edge". Jak widać, muzyka zawarta na krążku może zainteresować nawet największych, czego panom z Made of hate należy zdecydowanie pogratulować. Tyle na temat samego zespołu, czas wpakować wam kulę w łeb i puścić w ruch debiutancką płytę.

Wielu powiada, że Made of hate to kopia wspomnianego już Children of Bodom. Ale czy aby na pewno? Zespołowi oczywiście blisko jest do twórczości Dzieciaków, jednak według mnie rip offem nazwać ich nie można. Już chociażby ze względu na brak klawiszy w muzyce warszawiaków - cała ich gra opiera się na konkretnym gitarowym brzmieniu. Co jeszcze? Pomimo, iż zespół obraca się w raczej sterylnym i zamkniętym gatunku, próbuje do swojej muzyki dodać odrobinę oryginalności i szaleństwa. Przyczynia się do tego przede wszystkim uzdolniony Michał Kostrzyński, ze swoimi ciekawymi, melodyjnymi solówkami, które na pewno zachęcą niejednego gitarzystę do spędzenia dłuższych chwil ze swoim wiosłem. Gra zespołu jest bardzo techniczna i melodyjna, ale równocześnie przesączona świeżością i pasją. Mimo, że płyta nie wnosi do świata muzyki wiele odkrywczego, to niewątpliwie zapewnia słuchaczowi to, co najważniejsze, czyli przyjemność słuchania. Zespół pokazał, że można nagrać mocną płytę bez utraty czytelności, dzięki czemu słychać, że chłopaki mają spore umiejętności, a przede wszystkim wspomniany już wcześniej Michał, który ze swojej gitary wydobywa świetne dźwięki i melodie wpadające w ucho i na długo tam pozostające. 

Dostajemy więc mocny, melodyjny, pełen pasji i dobrego, konkretnego grania materiał, który jest godzien polecenia każdemu kto przepada za tym gatunkiem. Z całą pewnością nie jest to kopia Children of Bodom, ale w pełni samodzielna i oryginalna praca. Made of hate to zgrabny kolaż melodii doprawiony mocnym graniem. Niestety od raz przyprawionej łatki ciężko będzie się uwolnić.

February 01 2010

zetor

Guilt Machine - On this perfect day

1248_896f_125

Dzisiejsza recenzja będzie ostrożniejsza i bardziej rozważna gdyż będę pisał o genialnym Holenderskim kompozytorze i muzyku.

A. Anthony Lucassen - neoprogresywny muzyk rockowy, multinstrumentalista, kompozytor, grający na instrumentach klawiszowych, gitarze i gitarze basowej. Do swoich projektów zatrudnia wielu muzyków sesyjnych. Najczęściej są to dobrze znani muzycy sceny progresywnej. Tworzona przez Lucassena muzyka ma epicki wymiar, bardzo często warstwa liryczna oparta jest na motywach science fiction. Zazwyczaj ma ona formę opery rockowej, charakteryzującej się bardzo bogatym i symfonicznym brzmieniem. 

Poniższa recenzja będzie traktować o ostatnio stworzonym przez Lucassena projekcie nazwanym "Guilt Machine". Jak to już bywało, pomiędzy tworami z Ayron ukazuje się kolejny projekt Holendra. Tym razem jednak w grupie muzyków jest tylko jeden wokalista, Arjen zrezygnował w tym projekcie z multi wokaliz. Kolejną znaczącą zmianą jest porzucenie tematyki sci-fi w warstwie lirycznej. Bardzo ważną postacią w nowym projekcie jest Jasper Steverlinck. Rewelacyjny wokalista, którego mieliśmy okazje już usłyszeć w ayreonowym "The Memory Remains". Był to jednak tylko przedsmak tego, co potrafi ten młody zdolny wokalista. Na tej płycie w pełni rozwija skrzydła. Cechuje go niezwykła barwa głosu i niesamowita zdolność przekazywania uczuć i emocji. Za partię gitarowe, poza Lucassenem odpowiada także Lori Linstruth, która ozdobiła płytę bardzo dobrymi solówkami. Dodatkowo, to ona jest odpowiedzialna za teksty na płycie. Za bębnami zasiadł Chris Maitland - dawniej Porcupine Tree. 

Tyle na temat zespołu. Natomiast płyta "On this perfect day", jest bliska twórczości Ayron, lecz spokojniejsza, bardziej głęboka i stonowana. Traktuje o emocjach człowieka. Dominują tutaj motywy akustyczne ustępujące czasem miejsca potężnym riffom. Dźwięki nastawione są na uspokojenie i poruszenie słuchacza. Każda z 6 kompozycji ma swój własny niepowtarzalny klimat, który wciąga i zmusza do refleksji słuchacza. Pierwszy z nich - "Twisted Coil", poruszający i hipnotyczny utwór, który powoli rozwija się by w pewnym momencie zaskoczyć nas powalającym i toczącym się niczym głaz riffem. Do tego dostajemy wokalny popis J. Steverlincka, będący wystarczającą rekomendacją dla wokalisty. Ciekawostką do utworu może być polski akcent. Jedna z wielu informacji od fanów, które Lucassen zbierał na swoim MySpace parę miesięcy przed premierą krążka, a które przewijają się przez cały okres trwania płyty. Kolejny jest "Leland Street". Chyba jeden z najbardziej tajemniczych utworów na płycie, na którym prym wiodą klawisze Lucassena, choć w trochę innej formie niż mieliśmy okazję słyszeć do tej pory. "Green and Cream", trzeci już utwór na płycie. Kompozycja, w której usłyszymy dużo elektroniki i perkusyjnych zagrywek. Hipnotyzujący kawałek, który w połowie nabiera bardziej akustycznej formy. Następna piosenka to "Season of Denial". Utwór podniosły i melancholijny zarazem, pełen wspaniałych wokali, które aż do samego końca nie tracą nic z swej wzniosłości. Przedostatni już "Over", to bardziej przebojowy kawałek, który jednak nie traci przy tym nic z mechaniczności klimatu na albumie. Takie wytchnienie przed finałowym "Perfection?", które swoim zwodniczym, wprowadzającym w trans wprowadzeniem doprowadza nas nieuchronnie do wywołującego ciarki na plecach riffu. 

Arjen Lucassen podarował nam kolejny świetny album. Nie jest to płyta dla tych którzy oczekują nawału technicznych popisów, ale raczej dla osób, których interesuje mnogość rozwiązań kompozycyjnych. Album, który polecam wszystkim, nie tylko tym zainteresowanym progmetalem. 

Daję 5 (z ewentualnym minusem)

January 30 2010

zetor
6423_91d6

Happysad - Tym razem bardziej happy

Happysad - zespół powstały w Skarżysku-Kamiennej w 2001 roku. Debiutował w 2004 roku albumem „Wszystko jedno”. Singiel z owej płyty, zatytułowany „Zanim pójdę” utrzymał się przez 33 tygodnie na Liście Przebojów Trójki. By dopełnić sukcesu zespołu, a przede wszystkim jego pierwszego krążka, magazyn Teraz Rock w 2007 roku umieścił płytę „Wszystko jedno” na liście 50 najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. Zespół swoją twórczość określa mianem rocka regresywnego, dopełnionego charakterystyczną warstwą liryczną. Grupa nie należy do bardzo promowanych, a swoją sławę zawdzięczają przede wszystkim koncertom, których zagrali już około 450.

Zdania na temat Happysad są raczej podzielone i w mocnej opozycji względem siebie. Są tacy, którzy lubią takich outsiderów i przychylnie wyrażają się na temat zespołu, ale są też tacy, co suchej nitki nie pozostawią na grupie. Ale jak by nie byli oceniani, ostatnia ich produkcja jest bardzo dojrzała i energetyczna. Wspomniana dojrzałość dotyczy przede wszystkim podejścia do muzyki. Wprowadzenie do zespołu Daniela Pomorskiego, grającego na trąbce i akordeonie, w niesamowity sposób wzbogaca i nadaje charakteru tworzonej przez Wesołosmutnych muzyce. Oba instrumenty idealnie pasują do stylu, w obrębie którego porusza się grupa. Ale bez obaw, wzbogacenia te nie przekraczają granic rozsądku, podstawą nadal jest gitarowe granie wsparte wyrazistą sekcją rytmiczną. A co ze wspomnianą wcześniej energią ? Obecna jest ona w rockowym, pełnym życia i emocji graniu. To właśnie jest Happysad, pełne żywiołu i optymizmu, skonfrontowanego z melancholią i nostalgią. Zestawienie to nie pozwala pozostać obojętnym. Może i wszystkie te patenty pojawiły się tu i tam w polskim rocku, ale zespół posiadł swój własny, wypracowany i rozpoznawalny styl. Jeśli chodzi o same kompozycję, do tej pory były bardziej „sad” niż „happy”. Tym razem jest trochę inaczej. Za sprawą nowych instrumentariów nastąpiło ożywienie tworzonej przez zespół muzyki. Jest to raczej pogodny i miejscami skoczny rock. Ważnym aspektem są tek teksty pisane przez Kubę Kawalca, teksty niegłupie i przyciągające uwagę. Doświadczyć w nich możemy spowiadania z życiowych rozterek („Ciało i rozum”), rozważania o sprawach wyższych („Nieba nie ma”), czy znowu liryków o tematyce miłosnej („My się nie chcemy bić”).

„Mów mi dobrze” to płyta zawierająca ciekawe teksty wsparte o muzykę łączącą rock, punk a niekiedy nawet ciekawe folkowe motywy. Mimo wszystko rewolucja to nie jest. Dla samego zespołu na pewno jest to krok w stronę rozwoju muzycznego, co się bardzo chwali. Ale jest to tylko, bądź aż, kolejna płyta Happysad. Kolokwialnie mówiąc, fajne granie.

Ode mnie słabsze 3, ale dla fanów zapewne 4 ;)

Za usterkę (niestandardowy wygląd posta) przepraszam, jest to niezależne ode mnie.

January 28 2010

zetor

Gatunek ? - Black'N'Roll !

1348_e1fe_125

Black River, powstała w 2008 roku „supergrupa” grająca muzykę z pogranicza hard rocka i heavy metalu. W skład zespołu wchodzą muzycy z różnych rodzimych polskich formacji: Taff z Rootwater (wokal), Art z Soulburners (gitara), Kay z Neolithic (gitara), Orion z Behemoth (bass) i Daray z Dimmu Borgir (perkusja). W roku 2008 zespół debiutował płytą „Black River”.  Przyjęta została ona z dużym entuzjazmem zarówno przez fanów jak i krytyków. Uzyskała między innymi nominację do nagrody polskiego przemysłu muzycznego Fryderyka oraz nagrody rozgłośni radiowej Antyradio. Osobiście debiutancki album nie przypadł mi do gustu. Poza rewelacyjnym „Free Man” i poruszającą balladą „Silence” reszta kompozycji na płycie nie porywa. Płyta przeciętna.

Ale nie popadajmy w dygresję, pisać miałem o drugiej produkcji zespołu zatytułowanej „Black’n’roll”. Słuchając tego krążka ma się wrażenie, że na „Black River” zespół (pomimo, że członkowie grali razem już wcześniej w Neolithic) musiał się zgrać. Tym razem nie ma do czego się przyczepić. Płytę rozpoczyna podrywający z fotela „Barf Bag”, energia bije w nas już od pierwszych wydobytych z instrumentów nut. Dalej jest jeszcze lepiej - mój ulubiony kawałek „Isabel”. Genialny, pełen mocy utwór, w którym na uwagę zasługuję dosłownie wszystko, od wokalu po perkusję, nie zapominając o gitarach. Tytułowy „Black‘N’Roll” to rockandrollowe wymiatanie. Utwór już w połowie słuchania wpada w ucho, a noga sama wybija szybki niczym pędzący przez Highway samochód rytm. „Breaking the wall” to ogromna siła skupiona i zestawiona ze świetną kombinacją dźwięków. Kolejny utwór to cover Sex Pistols/Rolling Stones - „Jumping Queenny Flash”. Miażdżące brzmienie okraszone super solówkami, a co najciekawsze, w refrenie pojawia się chórek złożony z fanów zespołu. Jak widać „śpiewać każdy może”. Jeszcze „Too far away”, oparty na zmianach tempa i porywającym refrenie, który dociera w każdy zakamarek naszych muzycznych gustów. Teraz przyszedł czas na „Morphine”. Tutaj przyjdzie nam zatopić się w wyśpiewanych z głębią i liryzmem słowach Taffa. Morfina jest tutaj przyjaciółką podmiotu lirycznego, bez której nie może się on obejść. Utwór popycha do rozmyślań nad sensem życia i otaczającej nas rzeczywistości. To już finisz, teraz jeszcze „Like a bitch”. Rockandrollowy, powiedziałbym, że nawet trochę industrialny utwór z ogromną wymową, po raz kolejny wkraczający do strefy życia. Ostatnim już punktem podróży jest „Young’N’Drunk”. Trochę spokojniejszy, również będący bezpośrednimi wyznaniami, dobrze podsumowujący całokształt utwór.

I tak przebrnęliśmy przez tę czarną rzekę. Dostaliśmy 11 świetnie wyważonych i bardzo dobrze dopasowanych do siebie utworów. Black‘N’Roll nie należy może do albumów wybitnych, ale członkowie zespołu dobrze wiedzą dokąd zmierzają i robią to stanowczo, a także z pewną dozą luzu. Energetyczne brzmienie, szybki, porywający rock’n’roll  ubarwiony niekonwencjonalnym wokalem.

Bez wahania daję 4.

January 22 2010

zetor

Nienormalni Normalsi

5847_068e_125

Normasli - rockowa grupa powstała w 1999r i podobnie jak Coma, pochodząca z Łodzi. Pomimo, iż zespół jest bardzo znany w środowisku muzycznym i ma bardzo dużą rzeszę wiernych fanów, pozostaje zespołem na poły undergroundowym. Brak kontraktu z wytwórnią, żadnych singli w radiu. Pomimo tego, członkowie zespołu wydają się być zadowoleni ze swojej sytuacji. Podoba im się posiadana przez nich pełna niezależność. Sami zajmują się wydawaniem płyt, ich promocją (niestety raczej niezbyt efektywną) i wszelkimi sprawami związanymi z dystrybucją jak i nagrywaniem nowego materiału. A skoro już o nowościach. Dzisiejsza recenzja traktować będzie o najnowszej, wydanej tuż przed świętami 2009r płyty zespołu zatytułowanej - „Pokój z widokiem na wojnę”.

Wbrew tytułowi, który nadałem recenzji, album rozpoczyna ballada rockowa, która stylem przypomina znane nam dotychczas nagrania zespołu. Lekka, pomimo charakterystycznego wokalu, i porywająca „Nie ta droga”. Następny na płycie jest „Postęp”. Kawałek, który mógłby jeszcze znaleźć się na wcześniejszych albumach. Ale to już wszystko co zostało z wcześniejszych kompozycji. Następne piosenki mniej bądź więcej odbiegają od klasycznego, wypracowanego przez zespół rockowego stylu. Tym razem przewagę na płycie osiąga grunge. Utwory przytłaczają słuchacza smutkiem i refleksją. Brzmienie jest ciężkie i lepkie niczym smoła. Podczas słuchania napotykamy mocne, zahartowane jak stal utwory, między którymi znajdują się też wolne, melancholijne i refleksyjne nuty.  Większość piosenek nie wyróżnia się w żaden szczególny sposób. Dostajemy cięższe niż dotychczas i surowe brzmienie, przeplatane spokojem i smutkiem. Jednak gdy uważnie się wsłuchamy w płytę będziemy w stanie wyłapać parę ciekawszych kompozycji. Mam tutaj na myśli, mój ulubiony, świetny i „wpadający w ucho” - „Wróbel”. Energiczny, progresywny i melodyjny utwór z klekoczącym basem i żywą, porywającą wymianą zdań w refrenie. Wartą wyłowienia jest jeszcze bardzo przyjemna ballada „Zdjęcia”, a także na swój sposób mroczna, tajemniczo zaśpiewana „Wojna”, która podczas refrenu z wielką siłą wyrywa się ze spokojnej ciemności. Nie sposób też nie wspomnieć o bardzo dobrym wokalu Piotra "Chypisa" Pachulskiego i o jego charakterystycznej barwie. Wokal bez, którego wszystkie teksty pozbawione byłyby charakteru i mocy. A skoro jestem już przy warstwie lirycznej... Tutaj też dokonały się słyszalne zmiany względem wcześniejszych płyt. Tym razem teksty nie są już takie dobitne, brakuje tutaj wcześniejszej prostoty przekazu, która stanowiła siłę zespołu. Na tej płycie uświadczymy bardziej metaforycznych i zawiłych tekstów (co wygląda mi na krok w stronę stylu Comy). Nie usłyszymy wiec już tekstów takich jak „Łajza” czy „Komin”. 

Najnowsza produkcja zespołu odbiega trochę od kierunku, w którym podążał on do tej pory. Czyżby była to próba dotarcia do szerszej widowni? Czy jest to dobre posunięcie? Wielu z dotychczasowych fanów, nowa płyta nie przypadła do gustu. Mimo wszystko, trzyma ona dobry poziom wcześniejszych wydawnictw. Pod względem muzycznym nie można jej niczego zarzucić. Jak zawsze dobre brzmienie gitar i wokalu Chypisa. Rozczarowywać może jedynie odejście na kilka kroków od wcześniej wyznaczonej przez zespół drogi. Krążek jednak wart polecenia, nadal jest to czołówka polskiego rocka.

January 16 2010

zetor

"Raj utracony" według Symphony X

5386_42a2_125

Dzisiejsza recenzja będzie bardziej epicka niż dotychczasowe, a przynajmniej będzie dotyczyła epickiego albumu. Mam na myśli płytę „Paradise Lost” zespołu Symphony X. Założony przez  Michaela Romeo, zespół zadebiutował w 1994 roku płytą „Symphony X”. Formacja gra muzykę z pogranicza metalu progresywnego i power metalu, z tekstami mocno inspirowanymi mitologią antyczną. Przenieśmy się teraz do Raju Utraconego.

Zacznę od oprawy graficznej płyty. Bardzo stonowana, klimatyczna, nawiązująca do tytułu zaczerpniętego z „Raju utraconego” Johna Miltona. Jedna z lepszych na wydanych do tej pory płytach. Wiadomo, że okładki nie stanowi o muzyce, ale na pewno ukazują dbałość o detale i wprowadzają w klimat. Nim przejdę do muzyki, wspomnieć wypada jeszcze choć trochę 
o tekstach. Warstwa literacka oparta została na wspomnianym już dziele
J. Miltona – „Raj Utracony”. Treść dzieła pominę, gdyż powinna być znana choć w przybliżeniu (zachęcam do przeczytania). Lirycznie, całość w sensowny i spójny sposób nawiązuje do tematu upadku człowieka. Teraz przejdźmy do muzyki. Krążek otwiera złowieszcze, akustyczne intro "Oculus ex inferni". Już od samego początku można odnieść wrażenie, że jakaś potężna siła chce wydrzeć się z naszych głośników. Cała ta moc uderza w nas już od pierwszego właściwego utworu "Set the world on fire". Szybka i energetyczna praca gitary, mocna perkusja, a także chwytliwy refren. Następnie, bardzo melodyjne i szybkie „Domination”. Potem nieco lżej ale na pewno nie spokojnie w "Serpents kiss". Dopiero przy tytułowym „Paradise Lost” mamy trochę wytchnienia. Ta ponad sześciominutowa ballada jest dobrym akcentem w środku albumu, idealna by przygotować się na dalszą, szybką jazdę. "Eve of seduction" – świetna gitara i bardzo melodyjny wokal. W drugiej części płyty mamy do czynienia z "Walls of Babylon" ze swoimi wręcz gotyckimi wstawkami chóralnymi oraz łamaną i bardzo progresywną rytmiką. Zbliżamy się ku końcowi. Napotykamy jeszcze bardzo szybkie i chwytliwe „Seven” by przejść do kolejnej ballady „The sacrifice”, z klasyczną Spanish guitar. Płytę zamyka długie, bo trwające około dziewięć minut „Revelation”. Utwór jest idealnym podsumowaniem stylistyki panującej na albumie. Długie utwory, ciekawe aranżacje, dużo technicznych połamańców oraz neoklasycystyczne solówki, zarówno gitarowe jak i klawiszowe. Nierzadko można też usłyszeć fortepian. Świetne kompozycję z pogranicza power metalu jak i muzyki progresywnej. Wszystko zakończone krótką klamrą zaczerpniętą z intra, co perfekcyjnie spina całość. Wszystkiemu charakteru dodaje świetny głos wokalisty, mocny i szorstki a zarazem melodyjny i wzbijający się na wyżyny.

Dostajemy więc świetny album, z zaciętymi gitarowymi riffami, dozą agresji, ciężarem porównywalnym do poprzedzającego albumu i klimatycznym, melodyjnym graniem. „Paradise Lost” uważam za jeden z najlepszych 
w dorobku zespołu. Symphony X nie należy może do najbardziej znanych (przynajmniej w Polsce), ale przecież nie tylko Dream Theater  gra metal progresywny. Płyta może nie rewolucjonizuje swojego gatunku, ale 
z pewnością pozostawia po sobie trwały ślad. Gorąco polecam, ode mnie 5.

January 14 2010

zetor

Lipali na barykadach

9091_063c_125

Tak jak obiecywałem, dzisiaj będziemy mieli do czynienia z najnowszą płytą zespołu Lipali zatytułowaną "Trio".

Zespół został założony przez wokalistę Tomasza Lipnickiego w 2000r, po rozwiązaniu grupy Illusion. Początkowo był to solowy projekt Lipnickiego, który nagrał debiutancki album "Li-pa-li". Kolejne płyty, czyli: "Pi" i "Bloo" nagrane zostały z obecnym składem zespołu. Wydawnictwo "Bloo" w 2008r otrzymało nominację do Fryderyka w kategorii album rock/metal. 

Po krótkim i sądzę treściwym wstępie przejdę już do konkretów, czyli najnowszej płyty zespołu. Początek jest intrygujący. Album otwiera "Wiersz", i nie jest to tytuł przypadkowy. Mamy tu bowiem do czynienia z poezją pełniącą w tym wypadku nadrzędną rolę. Do utworu wprowadzają nas odgłosy padającego deszczu, z których po chwili wyłania się powoli perkusja, gitara i wreszcie niepokojący głos wokalisty. Bardzo dobry mechaniczny, lepki riff współgrający świetnie z rytmiczną perkusją. A wszystko to przyspiesza w refrenie wraz z dźwięcznym wokalem. Po pełnym głębi wstępie idziemy dalej, na "Barykady". Utwór singlowy, promujący płytę. Tutaj już od samego początku napotykamy głęboki, wręcz hipnotyzujący głos Lipnickiego. Nie dajmy się jednak zwieść gdyż refren jest pełen energii, a gitary wręcz przygniatają swoim brzmieniem. I oczywiście świetny tekst, z którym mógłby się utożsamić każdy z nas. Niestety w tym momencie barykady zostają przełamane. Kolejne utwory na płycie są pozbawione dotychczasowej mocy i głębi. Są mdłe i bez wyrazu. Ratowane są jedynie bezkompromisowym głosem wokalisty. Oczywiście trafimy jeszcze na dobre utwory jak "Upadam". Wpadająca w ucho, melodyjna, rockowa ballada z trochę "radiowym" refrenem. Bliżej końca płyty usłyszymy jeszcze "Ciche głosy szepczą, "Po co"". Szybki, trochę grunge'owy kawałek z mocnymi wykrzyknieniami Lipnickiego, w którym odradza się jeszcze energia z początku albumu. I to by był koniec. Poza tymi paroma wyjątkowymi i bardzo dobrymi elementami, płyta nie przemawia do słuchacza. Większość materiału jest mdła i nie porywa. Nie da się też odczuć aby utwory na płycie tworzyły jakąś integralną całość. Co prawda pojawia się próba otwarcia i zamknięcia albumu w swego rodzaju 'skitach' jak odgłosy deszczu na początku i dźwięków kończącego właśnie pisania listu, dziennika etc. Jednak nie spełnia to swojego zadania. Mi osobiście już od pierwszego przesłuchania przywiodło to na myśl "Hipertrofię" Comy, tak samo jak opener przypominający swoją koncepcją (może poza refrenem) "parapet" - z wyżej wymienionego albumu.

Niestety, barykady się nie utrzymały. Mamy przeciętny album, na którym znajdziemy niewielką ilość konkretów. Ja zapewne nie będę zbyt często wracał do tego krążka. Nie oznacza to jednak, że nie warto go poznać. Jak najbardziej warto przesłuchać płytę, choćby dla tych kilku perełek i melodyjnego, pełnego głębi głosu Tomasza Lipnickiego. Poza tym, sądzę że warto znać dokonania jednego z obecnie najciekawszych zjawisk polskiej sceny rockowej.

January 13 2010

zetor

B.E.T.H - Polskie jest dobre.

6990_556d_125

Dzisiaj nie będzie towaru z importu, dzisiaj będę pisać o naszym krajowym produkcie.

Zespół B.E.T.H powstał w 1996 roku w Warszawie. Na swoim koncie ma tylko jedną płytę długogrającą, ale bez wątpienia jest godnym uwagi zespołem. Na rynku pojawił się wraz z wydaną pod koniec roku 2006 płytą zatytułowaną po prostu "B.E.T.H". Debiut był mocny. Płyta jest pełna energii i mocnego grania. O większości utworów można powiedzieć, że są progresywne. Przeplatają się w nich delikatne, melodyjne brzmienia przeradzające się po chwili w mocne i pełne werwy riffy. Kompozycje nie należą do wielce skomplikowanych, co jednak w niczym im nie ujmuje. Można wręcz powiedzieć, że ta prostota oczarowuje i pochłania słuchacza, który nim się zorientuje, odkrywa ze smutkiem że właśnie przesłuchał już cały album. Istotnym elementem wszystkich nagrań jest partia wokalna. Głos Marcina Świstaka idealnie pasuje do koncepcji i klimatu piosenek znajdujących się na płycie. Potrafi on zaśpiewać lekkie i zwiewne partie takie jak w "Oddalam się od siebie" czy "Odległy ląd", jednak nie brakuje mu też sił by dobrze wrzasnąć w takich piosenkach jak mój ulubiony "Azyl" bądź "Nigdy więcej". Szkoda, że musiał odejść z zespołu, ciężko będzie znaleźć godnego następce, który podoła wyznaczonemu przez Marcina poziomowi. Jeśli chodzi o warstwę liryczną krążka, jest ona pełna symboliki i wielu odniesień do wiary. Nie jest to jednak Chrześcijański Rock, którego łatka bywa przypinana zespołowi. Utwory mówią o codziennych zmaganiach człowieka i bliskie są słuchaczowi. Na płycie znajduje się też jeden nieciekawy tytuł, który nie pasuje do całości i w dodatku nie wypadł za dobrze, jest to "Zeznanie". Utwór z elementami hip-hopowymi à la Linkin Park czy Limp Bizkit. Całe szczęście zespół powiedział, że nie ma zamiaru podążać w tym kierunku.Odnośnie jakości dźwięku na płycie i jej brzmienia, wszystko jest na wysokim poziomie, a to za sprawą Sony MBG, które zajęło się wydawnictwem płyty.

Bardzo dobry debiut - 4 gwiazdki. Jeśli utrzymają poziom i rozwiną się jeszcze muzycznie, będziemy mogli tylko czekać na kolejne, jeszcze lepsze płyty.

January 12 2010

zetor

Miłość jest dla każdego

7681_7b7c_125

To zaczynamy ;)

Pierwszą płytą, którą wezmę na warsztat będzie ostatni krążek niemieckiego zespołu Rammstein - "Liebe ist für alle da".

Moja znajomość zespołu zaczęła się od płyty "Mutter", więc wszelkie dygresje czy porównania względem płyt wcześniejszych będą odnosiły się do tego co grupa nagrała poczynając od wspomnianego już albumu "Mutter".

Najnowsza produkcja zespołu tak, jak i wcześniejsze wydania jest bardzo melodyjna, a większość utworów praktycznie od razu "wpada w ucho". Jednak tym razem, w porównaniu przede wszystkim do wcześniejszej płyty "Rosenrot", zespół dostarczył nam więcej mocnego brzemienia i cięższych riffów. Utwór rozpoczynający płytę moim zdaniem idealnie spełnia swoją funkcję jako open'er. Klimatyczny wstęp z odległym śpiewem Tilla Lindemanna, a potem już tylko mocne przyłożenie i kopanie dupska. Kolejne utwory nie odbiegają od siebie konwencją, są na przemian szybkie-mocne-lekkie-szybkie-ciężkie-szybkie-lekkie... A wszystko to,  jak przystało na Rammstein cały czas melodyjne. Podczas słuchania natrafiamy na takie utwory jak "Pussy" z kontrowersyjnym, erotycznym teledyskiem. "Haifisch" (który osobiście jest jednym z moich ulubionych). Nie mogło oczywiście zabraknąć ballady w wykonaniu zespołu, "Frühling in Paris" - moja ulubiona ze wszystkich począwszy od "Mutter". Ciężko wybrać ulubiony kawałek gdyż wszystkie są na poziomie i naprawdę bardzo dobre. Jedynym utworem bez, którego moim zdaniem płyta niczego by nie straciła jest ostatnia piosenka zatytułowana "Roter Sand". Osobiście nie pasuje mi ona do całości brak jej energii i polotu, które są we wszystkich wcześniejszych utworach.

Podsumowując. "Liebe ist für alle da" jest bez wątpienia godnym następcą poprzedzającego ją "Rosenrot". Śmiało stwierdzę, że z każdą płytą zespół gra i komponuje coraz lepiej a ich najnowszy krążek jest najlepszy w dotychczasowym dorobku.

Daję 5 !

Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.